Jak spędzić 3 dni w Budapeszcie i płacić tylko za lokalne jedzenie

SONY DSC

Podróżowanie to wspaniała sprawa. Odkrywamy nowe horyzonty, poznajemy nowych ludzi, smakujemy nowych potraw. Ale wiesz co jest lepsze od zwykłego podróżowania? Podróżowanie nawet jeśli nie mamy dużych ilości pieniędzy. Dziś powiem Wam, jak spędzić 3 dni w Budapeszcie i płacić tylko za lokalne jedzenie.

Z Karoliną byłem już w Brukseli. Fajnie nam się stopowało, mamy podobne podejście do zwiedzania, nie marudzimy 😉 Więc i tym razem stwierdziliśmy, że warto gdzieś jechać.

Za nasz cel obraliśmy Budapeszt. Dlaczego? Ponieważ jest blisko. Planowaliśmy wycieczkę, potrzebowaliśmy przygody, natomiast nie było konkretnego celu. Padło na stolicę Węgier. Pewnego razu wszedłem na Google Maps i zauważyłem, że węgierskie miasto nie leży wcale dużo dalej od Krakowa niż Warszawa (sprawdziłem to oczywiście organoleptycznie – na oko 😀 ). Jeszcze tylko data – 14-17.05? Ok, why not?. Ustalone :)

Chcieliśmy mocno ograniczyć koszta. Im mniej wydamy teraz, tym więcej kasy będziemy mieć na inne podróże. Proste, prawda?

Było oczywiste, że jedziemy autostopem. Jak zaoszczędzić na noclegu? Możemy znaleźć tani hostel, spać w drodze do danego miasta, np. w pociągu (ta opcja oczywiście odpadała) czy spać na  dworcu, czy lotnisku 😉 Natomiast jest jeszcze jeden bardzo interesujący sposób. Couchsurfing. To był już mój 3 raz, kiedy korzystam z pomocy tego portalu (wcześniej Praga i Madryt).

Dzięki użytkownikom CSu możemy przenocować za darmo w ich mieszkaniach. Jaki jest właściwie cel portalu? Integracja, poznawanie ciekawych ludzi, możliwość taniego podróżowania (jeśli ktoś Cię hostuje to najprawdopodobniej ty kiedyś załatwisz mu nocleg w Twoim mieście – tak to działa).

Jak najłatwiej znaleźć hosta? Jeśli tylko jest taka możliwość wiadomości powinna pisać dziewczyna – ludzie czują się pewniej zapraszając do domu płeć, niż faceta (jakkolwiek to brzmi). Dlatego w naszym przypadku CSa obsługuje Karolina :) I oczywiście znalazła, gościa o imieniu Daniel.

Wracając do tytułu wpisu. “Mamy” darmowy transport (autostop) oraz darmowy nocleg (Couchsurfing). Czy to nie piękne? Jest jeszcze jedna rzecz na której moglibyśmy zaoszczędzić. Jedzenie. Tu sprawa jest troszeczkę skomplikowana. Są ludzie, którzy za wszelką cenę chcą wydać jak najmniej pieniędzy. My jesteśmy zdania, że czasem warto zaoszczędzić trochę grosza na innych rzeczach i nie żywić się tylko pasztetem. Czemu? Będąc za granicą nie wyobrażam sobie nie spróbować tamtejszych przysmaków. Zwłaszcza na Węgrzech, gdzie aż pachnie gulaszem i papryką. Zdecydowaliśmy się więc spróbować kilku pysznych potraw :)

Ale od początku. W czwartkowy poranek udaliśmy się na przystanek “Opatkowice”, z którego planowaliśmy wyruszyć w stronę czesko-polskiego przejścia granicznego w miejscowości Chyżne.

opatkowice

O, tutaj!

Ku naszemu zdziwieniu pierwszy samochód zatrzymał się już po ok. 10 minutach :) Nie wiedzieliśmy jeszcze, że dobra passa będzie się nas trzymała już do końca wyprawy.

Kierowca podwiózł nas najpierw do Rabki Zdrój, gdzie główna droga dzieli się na 2: w kierunku Zakopanego oraz w kierunku Chyżnych.

Miejsce nie było najlepsze, więc przeszliśmy kilkaset metrów na najbliższy przystanek autobusowy. Stamtąd podwiózł nas kolejny samochód, kilka kilometrów (ale zawsze do przodu! :) ). Droga, ku naszemu zdziwieniu, była dosyć pusta. Na szczęście z pobliskich zabudowań wyjechał kurier, który podrzucił nas pod samą granicę, na stację benzynową.

Stwierdziliśmy, że dajemy sobie pół godziny i w przypadku niepowodzenia zmieniamy miejsce łapania stopa. Nie musieliśmy czekać aż tak długo, TIRem zabrał nas serbski kierowca. Byliśmy zdecydowanie zadowoleni, ponieważ po raz pierwszy jechaliśmy tego typu autem, a także, jak się później okazało, bo mieliśmy zapewniony transport pod samą węgierską granicę. Słyszeliśmy od znajomych, że stopowanie przez Słowację jest dosyć uciążliwe, dlatego uznaliśmy to za bardzo dobrą nowinę :)

tir

Nasz kierowca, Aleksander, okazał się przemiłym człowiekiem. Inteligentnym, dobrze posługującym się angielskim, słuchającym rocka! 😀 Choć droga była dosyć długa, TIR jechał wolno, to ten czas zdecydowanie nie zaliczyłbym do straconego :)

Takim o to sposobem dotarliśmy do przygranicznej miejscowości Sahy. Szczęśliwi powędrowaliśmy, aby kilka metrów dalej zacząć łapać już do Budapesztu. Miłą niespodzianką było to, że kolejne auto zatrzymało się już po…minucie? Urocze węgierskie małżeństwo, absolutnie nie mówiące po angielsku, podwiozło nas pod Vac. Stamtąd, znów po dosłownie 5? minutach mieliśmy podwózkę już do samej stolicy Węgier (Kocham autostop na Węgrzech! <3 ). Nasz kierowca był bardzo ciekawą osobistością, grał w zespole, miał dredy i bardzo hippisowskie podejście do świata :)

Wczesnym wieczorem, ok. 19, po 11 godzinach drogi, dotarliśmy do Budapesztu. Niesamowicie zadowoleni zaczęliśmy od zwiedzania miasta. Nie do końca wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, więc po prostu poszliśmy w randomowym kierunku 😉 Pochillowaliśmy chwilę przy parku i zlokalizowaliśmy miejsce naszego położenia jako okolice Placu Bohaterów.

20150514_190427

20150514_191638

Plac – jak i budynki dookoła – robią na prawdę duże wrażenie. Zwłaszcza w blasku zachodzącego słońca jest pięknie :)

Po mieście poruszaliśmy się głównie na nogach i ew. środkami komunikacji miejskiej (dostaliśmy 2 bilety miesięczne od Kamili, która była w Budapeszcie 2 tyg. wcześniej, więc jeździliśmy za darmo :) ).

Przeszliśmy się ulicą Andrassy i zasiedliśmy do wieczornej wieczerzy 😉 Nie byliśmy jakoś bardzo głodni, ale wpadliśmy do polecanej przez znajomych knajpki Drum Cafe. Zamówiliśmy zupę gulaszową oraz pieczarkowo-serową, do tego jakieś śmieszne, słodkie piwo. Wszystko było bardzo smaczne, jednak klimat psuła beznadziejna, bardzo głośna muzyka (kto puszcza techno w takim miejscu?). Na prośbę o przyciszenie muzyki kelner stwierdził, że to szefowa tym zarządza, a ma „very hard day”… Nie było to niestety ostatnie niezbyt uprzejme zachowanie obsługi restauracji w Budapeszcie.

„Późnym wieczorem” nasz host (mieszkający notabene w centrum miasta, na ulicy Wesselényi, więc w świetnej lokalizacji) zabrał nas do Ankert, jednego ze sławnych Ruin Pubs (knajpa na wolnym powietrzu, między starymi, zniszczonymi wojną budynkami). Fajna atmosfera, spróbowaliśmy Frycza, wody pomieszanej z winem (fuj 😛 ).

Z samego rana poszliśmy na Free Walking Tour. Bardzo polecam, przewodnicy byli świetni, przeszliśmy sporą część miasta, dowiedzieliśmy się trochę o historii, kilka ciekawostek, chętnie odpowiadali na pytania, szacun. Zamek,  mosty, zaliczyliśmy wszystkie najważniejsze punkty.

20150515_122504

Zachęceni opinią przewodnika poszliśmy na ciastko do najstarszej cukierni w Budapeszcie, nieopodal Kościoła Mattiasa. Ruszwurm serwuje cudowne słodkości, my skusiliśmy się na kremówkę (najlepsza jaką jadłem w życiu! (a pamiętajmy, że mieszkam w Krakowie 😉 ,czuć, że są robione z prawdziwej śmietany) oraz Dobostorta (karmelowo – czekoladowo – biszkoptowe). Obsługa była znów nieuprzejma, pani kelner czekała z wyrzutem na drobniejsze pieniądze, choć zaznaczyliśmy, że ich nie mamy…). Tak czy inaczej, polecam wpaść :)

Wracając ze wzgórz podeszliśmy też do pięknego Parlamentu (który, jak się później okazało, przez parę dni jest zamknięty dla turystów:( ).

20150515_092445

Kolejną tradycyjną potrawą, której musieliśmy spróbować był langosz. Chcieliśmy go zjeść na Hali Targowej, jednak musielibyśmy stać w kolejce jakieś pół godziny, więc wybraliśmy się do knajpy naprzeciwko, która też serwowała placki. Niestety, ku naszemu rozczarowaniu, były okropne. Ciasto przesolone, zbyt mała ilość sosu, przez co były suche, oraz ser był bardzo złej jakości. Musieliśmy kiepsko trafić, bo wiemy, że potrafią być dużo lepsze.

20150515_152201

Następnie udaliśmy się na Wzgórze Gellerta, gdzie mieści się cytadela oraz rozciąga kolejny, zniewalający widok na miasto.

20150515_163132

42 Do Szczęścia!

Późnym popołudniem skoczyliśmy jeszcze pochillować z piwkiem nad Dunajem, na Wyspę Małgorzaty.

Znów głodni udaliśmy się do kolejnego, polecanego miejsca, Frici Papa. Było tam bardzo dużo ludzi, kolejka na stoliki ciągnęła się aż poza lokal. Postanowiliśmy jednak poczekać kilka minut, było warto :) Zamówiliśmy gulasz z frytkami (tu trochę wyszło małe nieporozumienie językowe z kelnerem…), był cudowny! Świetnie doprawiony, ze świetnie przyrządzoną wołowiną, niebo w ustach. Niestety, po raz kolejny kelner był nachalny i niemiły, wpychając nam co chwilę kawę, napoje, desery i zabierając talerz z przed nosa.

Sobotnim rankiem udaliśmy się z Danielem na lokalny targ (btw o niebo lepszy niż hala targowa, mniej ludzi, ceny dużo przystępniejsze, lokalne produkty) zjeść śniadanie, składające się z lokalnych strucli (jabłkowe, orzechowe, wiśniowe, z kapustą 😉 ) i pysznej, taniej kawy, ze świeżym mlekiem. Nie jestem fanem słodkich śniadań, ale to było absolutnie trafione w punkt! + do tego nabyliśmy niedrogo lokalne, kozie sery.

20150516_110634

Dalej udaliśmy się do Parlamentu, żeby zwiedzić go od środka, ale niestety, był w ostatnich dniach zamknięty dla turystów. Zdecydowaliśmy się udać więc do pobliskiego zoo, polecanego nam przez znajomych.

Zawsze mam mieszane uczucia co do miejsc tego typu. Z jednej strony zwierzęta są przetrzymywane w kiepskich warunkach, zbyt małych wybiegach, a z drugiej zawsze odwiedzając zoo czy jakieś parki doświadczam czegoś nowego. Tu można było np. pogłaskać czy nakarmić żyrafy.

Karo namówiła mnie do pójścia do restauracji Gundel, gdzie podają tworzone tajemniczą recepturą orzechowe naleśniki z polewą czekoladową. Miejsce dosyć ekskluzywne, ale skusiliśmy się na ten typowy, węgierski deser. Mówiąc szczerze, mocno się zawiodłem. Porcja była śmiesznie mała (łącznie jakieś pół? normalnego naleśnika), choć bardzo smaczna. Kelnerzy znowu się nie popisali, musieliśmy się prosić o kartę i długo czekać.

Jeszcze bardziej głodni po zjedzeniu naleśników 😉 udaliśmy się w poszukiwaniu halaezle, rybnej zupy. Jednak nigdzie nie mogliśmy jej znaleźć w przystępnej cenie. Skierowaliśmy się więc do polecanej na Fly4Free restauracji For Sale (obok zielonego mostu, naprzeciwko Hali Targowej). Wystrój tego miejsca jest bardzo ciekawy. Na podłodze leży słoma, ściany i sufit obklejone są kartkami z opiniami klientów w różnych językach, a na każdym stole leżą orzeszki, których łupiny rzucane są na podłogę :) Znając opinię o tym miejscu zamówiliśmy wazę zupy gulaszowej, dla 2 osób. Była absolutnie nieziemsko pyszna! Bogata, dobrze doprawiona (dano nam także pastę paprykową oraz przyprawę do zaostrzenia sobie zupy). Niesamowicie polecam, najfajniejsze miejsce i jedzenie w Budapeszcie!

20150516_175947

Kolejnym „must see” była najpiękniejsza kawiarnia świata, New York Cafe. Miejsce dosyć ekskluzywne, ale na kawę warto wpaść :) Pięknie tam.

20150516_192745

Tuż obok kościoła, w Gelarto Rosa można zjeść lody w kształcie róży, najsmaczniejsze lody jakie jadłem! Za 4 smaki zapłaciliśmy 750 forintów.

20150516_124521

Obok lodziarni mieści się też DiVino, miejsce gdzie możecie skosztować pysznych, węgierskich win, tj. Tokaj czy Bycza Krew.

Tak skończyła się nasza przygoda z Budapesztem. Rano. 17. maja wyjechaliśmy autobusem na obrzeża miasta, skąd łapaliśmy powrotnego stopa. Niestety, stanęliśmy w miejscu, gdzie jeździli raczej lokalni (droga równoległa do autostrady). Czekaliśmy jakieś 2h, w tym czasie zatrzymał się jeden samochód, ale młodzi ludzie w nim jadący kierowali się na inne przejście graniczne. Musieliśmy się spieszyć, więc zdecydowaliśmy się stać jeszcze 5 minut (do czasu przyjazdu autobusu powrotnego do miasta) i ewentualnie udać się pociągiem poza stolicę Węgier.

Jak to często w takich sytuacjach bywa los się do nas uśmiechnął i zatrzymało się auto :) Podjechaliśmy kilkanaście kilometrów dalej, w pobliże autostrady. Musieliśmy się na nią przedostać, wejść na zbocze oraz znaleźć miejsce, gdzie możemy bezpiecznie stanąć.

Nie wiem jak to jest, ale okazało się, że na węgierskich autostradach można znaleźć…zatoczki! 😀 Tak tak, mieliśmy na prawdę fajne miejsce do łapania :) Ogarnęliśmy się trochę i już po 3 minutach zatrzymał się samochód…a nawet 2! W tym samym czasie! Tego jeszcze nie było :) Wsiedliśmy do tego, który był bliżej. Jak się okazało jechaliśmy ze słowacką business-woman, która jest managerką w nowej, międzynarodowej firmie zajmującej się kontaktem ze sklepami. Kobieta okazała się też matką autostopowiczów :) Szczęście chciało, że kierowała się do Bańskiej Bystrzycy, więc kawał drogi pokonaliśmy w jednym aucie. Mając w pamięci słowa naszych doświadczonych kolegów nawet nie próbowaliśmy się dostać bliżej miasta, wysiedliśmy więc na stacji benzynowej tuż przed. Dodatkowo dostaliśmy propozycje pracy w firmie naszego kierowcy :)

Poszło nam całkiem dobrze, więc zadowoleni zaczęliśmy jeść kanapeczki z pasztetem 😉 Nigdy nie pomyślałbym, że podczas jedzenia bułek z pasztetem wydarzy się coś, czego prawdopodobnie do końca życia nie zapomnę, coś wyjątkowego, coś co będę opowiadał wielokrotnie.

Słońce świeciło, ptaszki ćwierkały, a obok nas pojawiło się czarne BMW (bodajże X6). Otworzyło się z okno, z którego wychylił się człowiek, Słowak, mówiący łamanym polsko-słowackim. Skomentował: “Jak będziecie tak siedzieć to daleko nie zajedziecie!”. Wymieniliśmy spojrzenia z Karo, podszedłem zaciekawiony. Jak się okazało Martin jedzie do Rużomberka, więc jakieś 50km dalej. Zawsze trochę do przodu :) Wsiedliśmy więc, zwłaszcza mając do dyspozycji taką maszynę 😉 Kierowca okazał się właścicielem sieci piekarni na Słowacji, ponoć dowozi też trochę pieczywa do Krakowa. Jechaliśmy sobie, przy miłej rozmowie, pośród pięknych okoliczności przyrody.

20150517_143315

Martin nagle stwierdził, że zabiera nas na kawę do lokalnej knajpy, tuż koło drogi. Trochę zaskoczeni, a raczej…speszeni? nie protestowaliśmy.

Miejsce było bardzo fajne, z klimatem. Zamówiliśmy po kawie, za to Martin zamówił dla nas…po obiedzie, kawie i napoju. Sam zamówił sobie też posiłek, ale nawet nie skończył go w połowie. Wziął jedzenie tylko dlatego, żeby nam towarzyszyć :) Oczywiście zapłacił za wszystko. Takie coś nas jeszcze nie spotkało. Byliśmy bardzo wdzięczni, ale zarazem było nam trochę głupio. Niby nie ma powodu, ale często mamy takie irracjonalne poczucie, gdy ktoś robi dla nas coś bezinteresownego.

Jechaliśmy dalej. Martin rozmawiał przez telefon. W pewnym momencie powiedział do nas, że ma “szofera”. I jego “szofer” odwiezie nas…do Krakowa. W tej chwili mięliśmy mały “mindfuck”. Ale jak to? Odwiezie nas DO KRAKOWA? Przecież to ponad 160km dalej. Za darmo? Jak się później okazało: TAK.

Dziwne myśli przechodziły nam przez głowy (w sumie te same 😀 ). To się nie może udać. Czy to bezpieczne? Za darmo?

Czarne BMW dojechało w końcu do Rużomberka, na małą stację benzynową, na której czekał już “szofer”. Gdy go zobaczyliśmy to wyglądał raczej jak “szafer”, a nie szofer. Wielki byk, szerszy w barach niż ja wyższy (a niski nie jestem). Trochę straszny 😉 Zatankowali auto “szofera”, Martin dał mu 100e, podziękował nam za wspólną podróż i zaproponował podwózkę do Miasta Królów. Nawet nie wiedzieliśmy powiedzieć. Mieszanka wdzięczności, szczęścia i niepokoju.

słowacja

Dodatkowo nasz kierowca zaproponował, nam, jak to stwierdził, “swoim nowym dzieciom”, przyjazd do jego domu i darmowy pobyt w Tatralandii.

Wsiedliśmy do samochodu razem z “szaferem” i pojechaliśmy. Dalej z mindfuckiem. Nasz nowy kierowca też posługiwał się polsko-słowackim, także mogliśmy się komfortowo porozumiewać.

Po ok. 2h byliśmy w Krakowie. Z uśmiechami na ustach i myślami w głowach “to na prawdę się wydarzyło?” :)

20150517_181744

To był fajnie spędzony weekend na Węgrzech. Zdecydowanie polecam ten kierunek. Jest blisko, ładnie, całkiem tanio, pyszne jedzenie, mili ludzie. Same pozytywy :)

Grzegorz Górzyński